Znacie to uczucie: nuda, nic się nie dzieje, Polish jazz is the best, ale jednak męczy i wolicie słuchać uznanych firm z USA. Aż tu nagle z nieba spada Coherence Quartet.

Artyści, którzy tworzą ten zespół, to umiarkowanie znani (przynajmniej w wymiarze ogólnopolskim) jazzmani, którzy na co dzień i dla chleba nie zawsze grają jazz - znają więc wagę swojego fachu, a muzykę improwizowaną uprawiają z miłości, kiedy mają na to czas i ochotę. Uczciwy układ, który zabezpiecza przed zmęczeniem materiału, rutyną i popadnięciem w klubowo-jazzowe dżobownictwo. Doskonaleniu mistrzostwa to nie grozi, a wręcz przeciwnie: tak hartuje się szlachetna stal.

Po fatalnie przeoczonym debiucie „Coherence” z 2013 r., „Sagaye” to druga płyta kwartetu. Wydała ją solidnie umocowana na międzynarodowym rynku holenderska wytwórnia Challenge Records, więc jest szansa, że tym razem siła uderzenia będzie nieco większa i że - skuszeni renomą oficyny - szefowie festiwali w Polsce (co najmniej) sięgną po telefony. Jeśli nie sięgną, ich strata, ale, co gorsza, także publiczności.

Bo to jest muzyka po prostu zjawiskowa. Uderzająco piękna i intensywna, uduchowiona i szczera. Słuchałem jej przez kilka tygodni za pośrednictwem serwisu streamingowego i dopiero, kiedy wziąłem do ręki CD (co płyta, to płyta!), mogłem przeczytać parę słów napisanych przez basistę zespołu Marcina Lamcha. Intuicja mnie nie myliła. Okoliczności powstania płyty są dalekie od zwyczajności, choć odległe są też od czegoś spektakularnie dziwnego. Otóż rzecz jest owocem spontanicznej, domowej sesji („Just like they did in the 60’s”), zorganizowanej po tym, kiedy nagrane rezultaty wcześniejszych, mniej „prywatnych” spotkań okazały się niezadowalające. Zaledwie 42 minuty muzyki, w której ważna jest każda chwila, kompozycje mają swoją gatunkową wagę, a improwizacje swój wdzięk.

No właśnie… kompozycje. Z wyjątkiem perkusisty Grzegorza Masłowskiego swoje autorskie trzy grosze dołożył tu każdy z członków zespołu (Robert Jarmużek - fortepian, Łukasz Kluczniak - saksofon altowy i wspomniany Marcin Lach - kontrabas). Płytę otwiera piosenka „Aga” Jarmużka i jest to jeden z najpiękniejszych tematów w dziejach polskiego jazzu. Nie przesadzam. Trudno się od tej melodii uwolnić. Nostalgiczny temat grany na saksofonie rozwija się bardzo powoli, w nieco sztywnym (jak na jazz) rytmie, podkreślanym przez miarowe uderzenia w głęboko brzmiący werbel. Pierwszą improwizację gra kontrabas, potem popis mądrej, powściągliwej wirtuozerii daje pianista; kiedy przychodzi czas na improwizację saksofonisty, tempo stopniowo przyśpiesza, a piosenka staje się coraz bardziej rozkołysana - ale też, dzięki perkusiście, gęsto i czule grającemu na talerzach, zyskuje niemal bajkową oprawę. Małe arcydzieło!

 

 

A potem jest równie efektownie, choć już chyba nie w aż tak oryginalnym klimacie. Raczej, powiedziałbym, melodie, które chwytliwością równają się piosenkom bez słów Pata Metheny’ego i Lyle’a Maysa, łączą się tu z żywiołowym, modalnym językiem muzycznym jazzmanów zapatrzonych w dziedzictwo Johna Coltrane’a. Albo - gdy przychodzi czas na balladę, a przychodzi często, co na pewno podniesie wartość albumu w ocenie pań - przywoływany zostaje duch Charliego Hadena, niezrównanego, jak wiadomo, gdy szło o jazz liryczny. Tylko po to rzucam skojarzeniami i przywołuję kanoniczne nazwiska, byście wiedzieli, czego, mniej więcej, się spodziewać. Zapewniam jednak, że doznania wasze będą świeże jak wiosenny deszcz i czyste jak letnie niebo.

Na marginesie: czy tytułowe Sagaye to nie przypadkiem nasze sielskie Sagaje w gminie Ostrów Mazowiecka w powiecie ostrowskim?

 

Adam Domagała
6th May 2018

fot. Tomasz Ogrodowczyk

Do góry